sobota, 22 grudnia 2012

Złote rady z tombaku...

Niezwykle drażni mnie pewien zwrot, który każdy mi powtarza, gdy tylko zacznę poruszać pewne kwestię. Ot, taka w mniemaniu wielu osób "złota rada" i lekarstwo na wszelakie problemy związane z brakiem towarzystwa, odrzuceniem itd. Ten zwrot to legendarne i powtarzane przez wielu do "tych gorszych", znane od lat "wyjdź do ludzi", i jego pewne "modyfikację", typu "wyjdź z piwnicy, wyjdź do świata" itd.
Owszem, - zgoda, generalnie niema w tej sentencji nic złego, jest w pewien sposób trafna, logiczna i zrozumiała, może pozornie być rozwiązaniem problemów. Problem jest tylko jeden - w wielu przypadkach (bo oczywiście piszę wszystko przez perspektywę siebie, ale na pewno wiele osób znajdzie tu daleko sięgające analogię do swojej osoby...) po prostu nie działa, z racji tego, iż nie sposób zastosować...

Jak już wspominałem we wcześniejszych przemyśleniach, generalnie jestem o tyle "sam w świecie", iż nie specjalnie mam możliwość wyjścia gdzieś, z kimś, tudzież do kogoś - po prostu ludzie powyjeżdżali, kontakty się pourywały, inne osoby stały się "życiowo i poglądowo niezgodne" z moim "sposobem na życie" itd. Także jedynie czasem mogę wyjść gdzieś, do osób którzy - jak również wspominałem, są raczej mało towarzyskie i posiedzenia sprowadzają się do wielogodzinnych rozmów na różne tematy (w końcu mało się widujemy...) przy piwku i pizzy w zamkniętym stałym gronie.

Tak też, zawsze w głębi siebie szukam zastosowania zwrotu "wyjdź do ludzi(...)". Nie wiem? być może powinienem co dzień wychodzić pod blok na osiedle, i robić kilka (kilkanaście?) okrążeń wokół bloku, tudzież może ustanowić sobie stałą trasę w miejsca najbardziej zatłoczone i mówiąc kolokwialnie - "kręcić" się tam przez jakąś określoną ilość czasu. Skoro coś to ma w końcu zmienić, to czemu nie?!
Dobrze, a tak na poważnie i bez złośliwej ironii...

Wydaję mi się, że wiele osób zbyt pochopnie szafuję tym zwrotem, patrząc tylko przez swój własny pryzmat. Bo przecież, cóż trudnego w wykonaniu takiego "polecenia" dla osoby pewnej siebie, przystojnej, posiadającej całą masę znajomych w okół, oraz osób które dążą ich taką sympatią, że wręcz same się do nich "garną". Nic...
Ale dla mnie, jest to jednak problem nie do przejścia. Niestety nie mam do kogo wyjść, ani "z kim" wyjść, także automatycznie w.w mantra staje się "nie dopasowana" do moich realiów. Pewnie powiedzie "no tak, ale sam mówiłeś że jednak masz znajomych, więc co za problem samemu zaproponować jakieś "activity"?".
Owszem, mam. Tyle że, oni też mają grupkę swoich "bardziej odpowiednich" towarzyszy, którzy może nieco bardziej wpasowują się w ich realia, poglądy itd (w końcu - z jakiegoś powodu mój kontakt z tymi osobami się ograniczył, odkąd są inni..), mają pewne stałe typy rozrywek, wyjść etc. Do tego, jestem osobą, która naprawdę nie lubi się narzucać "osobom trzecim" - szczególnie, że w przypadku pewnych osób wiem, że NIE BĘDĘ do końca pasował "w klimat" panujący ich spotkaniom, czy wypadom. Nie lubię niezręcznych momentów, gdzie sam "wepchałem" się w czyjeś wyjście, żeby potem źle się tam czuć - i przez co, nawet nieświadom, dawać sygnały iż "jednak to nie to mimo że sam chciałem", czy już broń Boże - spowodować jakąś sprzeczkę, czy nieporozumienie. Nie, wydaję mi się że nie o to chodzi....

Reasumując - naprawdę, wszystkim osobą używającym tej "złotej rady", radzę dobrze przemyśleć sytuację osoby do której ją użycie - bo może naprawdę sie okazać, iż jest ona "niewykonalna" a ciągłe jej powtarzanie może okazać się tylko źródłem kolejnych frustracji i przykrości...

niedziela, 16 grudnia 2012

O kobietach gawęda krótka...

Dziś swe przemyślenia chciałbym skupić na temacie kobiet. Tak jak zwykle jednakże zaznaczam - są to moje przemyślenia co za tym idzie mają bardzo subiektywny charakter - możesz się z nimi zgadać lub nie, dla mnie będzie to swego rodzaju "wykrzyczeniem" co mnie "boli" w dzisiejszym zachowaniu kobiet, dlaczego ja się w nim nie odnajduję i czego mi brakuje.

Szanowanie się, czyli cienka granica i względność odbioru...


Świat idzie na przód - wraz z nim, nieuchronnie zmieniają się pewne trendy, zachowania, odbieranie pewnych czynności przez społeczeństwo. Jednym słowem - obyczaje się zmieniają, rozluźniają. Osobiście jednak jestem zdania, że pewne - nazwijmy to "niskopoziomowe" i mocno zakorzenione w ludzkim człowieczeństwie wzorce zachowań, powinny pozostać niezmienne. Niestety - tak nie do końca dziś często bywa.
Mam tutaj na myśli kwestię poszanowania własnej osoby przez kobiety - szacunek do własnego ciała, siebie, związku - też poniekąd drugiego człowieka, uczuć itd. Chyba każdy z nas został wychowany w przekonaniach iż "każdy powinien się szanować, znać swoją wartość, nie zmieniać partnerów jak rękawiczki, ponieważ świadczy to o człowieku etc. etc. etc.". Niestety zauważam, iż coraz więcej kobiet zaczyna - o zgrozo "odwracać to" w drugim kierunku. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy kobieta nabierała opinii "puszczalskiej", czy też "łatwej", "rozrywkowej", traciła szacunek innych kobiet, większości facetów (oczywiście poza tymi, którzy świadomie w takich paniach gustowali) i całego społeczeństwa. Dziś? Dziś jeśli dziewczyna jest znana z tego, iż przespało się z nią pół szkoły, albo lubi na imprezach "iść na małe co nieco" z przypadkowo poznanym panem do toalety, jest uważana za "panią życia" - za kogoś kto "wie jak korzystać z życia", "jest młoda to się bawi", itd. Z pozycji "bocznego obserwatora" takich panienek nasłuchałem się wielu usprawiedliwień takiego trybu życia. Usłyszałem nawet, iż "Ona się bardzo szanuje, sama wybiera facetów, sama często ich zmienia, dziewczyno szanuj życie - korzystaj z niego!". Oczywiście tak jak zawsze mówię - to jest sprawa tych dziewczyn co robią - teoretycznie nikomu nie szkodzą poza sobą na dłuższą mete... Teoretycznie, bo jednak takie młode kobiety świecą złym przykładem dla młodszych pokoleń - z którymi się siłą rzeczy spotykają - młodsze koleżanki, kuzynki, siostry, rodzeństwo, rodzina - działa bardzo prosty mechanizm, który polega na obserwacji starszej osoby, i chęć powielania tego we własnym życiu - no bo przecież "to takie piękne, dorosłe, wolne". A niestety naprawde - im młodsze pokolenie, tym więcej takich dziewczyn obserwuje...


"Ą, Ę", czyli bułkę, przez bibułkę...


Kwestia kolejna - często zazębiająca się z zdobniczkami o których napisałem powyżej (z reszta... chyba wszystkie podpunktu które wymienię w pewnym sensie będą korelować do jednych i tych samych typów osobowość, choć oczywiście można też znaleźć osoby które będą "praktykować" tylko jeden rozdział z "wyliczanki".) - nieprzyjemna wyniosłość, oziębłość, poczucie "sukowatości", niemiłego wyemancypowania, czy zarozumiałość. Coś co ja nazywam "zespołem cech księżniczki". O ile kobiet z punktu wyżej nie doświadczyłem "na własnej skórze" bo ani ja, ani tym bardziej panie o których piszę nawet nie spojrzą się na takiego kogoś jak ja, o tyle z dziewczynami zachowującymi się w ten sposób o którym teraz piszę miałem do czynienia sporo. Niestety wiele młodych kobiet, w trakcie swojego dorastania zaczyna nabierać poczucia wyższości nad innymi - objawia sie to w różnej formie, i chyba ma różne podłoża psychologiczne (nie jestem psychologiem, nie chce tu snuć błędnych teorii - ot, to takie moje domysły), czy też czasem wręcz wychowanie w takim duchu (tak, sam byłem świadkiem mamusi która tłumaczyła córeczce, iż "jesteś najpiękniejsza, najlepsza, lepsza od innych dzieci" - ręce opadają...). Zauważam że takie osoby działają w taki sposób, iż są bardzo skrajne, czyli dla osób których nie tolerują z jakichś przyczyn, czy wydają im się gorsze, dają poznać cały swój wachlarz wyniosłości i wszystkiego tego co wymieniłem - a z drugiej strony, dla grup osobowych, z którymi się utożsamiają, potrafią wręcz uwłaczająco dla swej godności "płaszczyć się" i poniżać, łasić jak zwierze byle by tylko coś zyskać. Mogę dać przykład takiej osoby, którą miałem okazje poznać: Powiedzmy, że ta pani będzie "P."
P. jest naprawdę kobietą ponadprzeciętnej urody - bardzo zadbana dziewczyna, mająca pasję (dość popularną wśród dziewczyn dziś - nie ważne, nie w tym rzecz...), za którą prawie każdy chłopak się oglądał, dobrze ubrana itp. Gustuje raczej w facetach uczęszczających na siłownie, ubranych "na sportowo" i tego typu klimatach. Sama dobrze się uczy, mimo całej jej wyniosłości jest dość inteligentna.
Przykładowa sytuacja była taka - na pewnej lekcji, zostałem zmuszony do pożyczenia książki, ponieważ sam jej nie miałem a ona była jedyną osobą mającą drugi niepotrzebny egzemplarz. Ja - jak to ja, cicho lecz grzecznie podszedłem, przeprosiłem, spytałem czy "aby na pewno jej niepotrzebny", "czy mogłaby być tak uprzejma" - wszystko to dość nieśmiało i raczej "cicho" - jestem skrępowany przy pewnych siebie kobietach o takiej urodzie jak jej - nie poradzę, lecz mimo wszystko nie dałem jej żadnego bodźca, który mogła by odebrać negatywnie. A Pani P.? Cóż, Pani P. zmierzyła mnie wzrokiem niczym "nieproszonego gościa który wtargnął jej na rodzinną wigilię", odwróciła głowę i bez słowa odgarnęła łokciem książkę w moim kierunku kontynuując rozmowę ze swoimi koleżankami i jednym facetem. Gdy oddawałem jej tą nieszczęsna książkę - oczywiście dziękując cicho, została mi ona z grymasem wyszarpnięta z ręki bez żadnego zbędnego komunikatu, skwitowana "stosowną" minką na jej jakże ślicznej, acz zarozumiałej buzi... Do "innych" osób jest wręcz przeciwieństwem. Miła, ciągle uśmiechnięta, usługująca na każde zawołanie... Była osobą, która chyba nieświadomie, ale często pokazywała mi, jak nisko w hierarchii dzisiejszej młodzieży jestem...

"Bad boys, bad boys whatcha gonna do when they come for you!?"


To jest poniekąd rozwinięcie wątku który napisałem w poprzednim przemyśleniu, nt. "patologii w ogóle młodzieży". Bardzo wiele młodych kobiet w jakiś sposób pociągają zachowania odbiegające od norm społecznych, czy też wykraczające poza granice rozsądku, odpowiedzialności, a co za tym oczywiście idzie - osobnicy którzy preferują i uskuteczniają taki styl życia. Pociągającym jest facet, który ma np. konflikt z prawem (jest przecież taki męski, buntowniczy...), jest znany z tego że chla, czy ćpa (umie się zabawić, prawda?), albo - co ciekawe, dziewczyny zabijają się o facetów którzy... są "słynni" w otoczeniu ze zmieniania dziewczyn jak rękawiczki, skoków w bok, czy też nawet traktowania kobiet w uwłaczający im sposób... Cóż... Naprawdę nie rozumiem takiego działania, mając na uwadze to, że potem te same dziewczyny wiecznie "płaczą" i użalają się po "chwili" takiej znajomości/związku, a to że "zdradza", a to "że zachowuje się poniżej krytyki", albo popadają w kompletną ruinę po takich znajomościach, stając się oziębłe, i wrogo nastawione do wszystkich facetów, niedostępne, "sukowate"... Przecież to jest samemu "wsadzanie sobie patyka w oko"...
Cóż, widać nie wszystko jest mi dane zrozumieć, a te wszystkie wyżej wymienione sytuację są jednymi z tych właśnie "nie danych" mi tajemnic....

Oczywiście wszystko co wymieniłem, jest tylko "ułamkiem" tego co mnie "boli" w zachowaniu kobiet w dzisiejszym świecie - i zapewne będę ten wątek sukcesywnie poruszał i rozwijał "po kawałeczku".

sobota, 15 grudnia 2012

Ja też mam swe zdanie..


Jak już wcześniej nadmieniłem, niektóre moje wpisy będą mogły zostać odebrane jako "opluwanie jadem" pewnych grup społecznych, tudzież bezpodstawne wyżalenie lub moralizowanie. Oto właśnie jedno z takich "kontrowersyjnych"  przemyśleń. Cóż - pomimo poczucia braku akceptacji ja też nie akceptuje w głębi siebie pewnych bardzo niestety "modnych" dziś zachowań.

Jedno z takich zachowań, jest czymś tak modnym wśród młodych ludzi dziś, że wręcz zaryzykowałbym że co druga osoba je uskutecznia, lub przynajmniej pochwala i toleruje. To o czym mówię, ciężko opisać jednoznacznie, czy też nazwać jednym słowem, zdaniem... Mam tu na myśli fakt, iż życie dziś staję się bardzo "miałkie", wyprane z pewnych wartości, bardzo konsumpcyjne, kierowane nieskomplikowanym schematycznym działaniem, - żeby nie powiedzieć... proste.

Sztuka niska, sztuka wysoka... a może brak sztuki?


Gust muzyczny jest czymś, na co każdy ma swój indywidualny pogląd - jak najbardziej. Niestety dziś chyba jest trochę inaczej. Większość młodych ludzi słucha - nazwijmy to "popularnych gatunków muzyki", zaliczmy do nich szeroko pojęty POP, Rap, Hip Hop, Muzykę klubową (na to złoży się kilka gatunków, ale myślę że każdy wie o co chodzi.) Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie zaczynają przesiąkać brakiem szacunku, czy też brakiem akceptacji dla odmiennych gustów i nabierać swojego rodzaju "poczucia wyższości" swojego gatunku sztuki nad innym. Doświadczam tego bardzo często - wszak (niestety?) mój gust muzyczny jest diametralnie inny od tego, co toleruję większość osób, czasem się tylko pokrywa (sprostowując od razu - nie mam w żadnym wypadku na myśli że jest on w jakikolwiek sposób "lepszy" od gustu innych - nie, chodzi o to, że jednak nie da się ukryć że jest niekonwencjonalny) się z innymi. Osobiście wiele razy doznałem braku poszanowania tego, iż ja preferuje dla przykładu rocka z lat '80, którego typowi słuchacze np. rapu czy hip hopu nie tolerują - objawia się to rożnie, czasem wręcz chamsko. Pamiętam do dziś jedną sytuację, gdy człowiek który znajdował się nieopodal mnie wyciągnął mi nagle słuchawkę z ucha, w której akurat leciał jakiś bliżej już niepamiętany rockowy kawałek z lat 70-80', co skomentował "boże, czego Ty słuchasz, pomyliły Ci się epoki!?". Potem przez kilka dni, bylem uraczany mniej lub bardziej "przyjemnymi" docinkami na temat tego co preferuję - oczywiście, wszystko to było w formie teoretycznie "żartu", aczkolwiek doskonale znam przekonania tych osób do tego co wtedy słuchałem. Oczywiście - każdy ma prawo, i jest to przecież naturalne że może pewnych gatunków nie tolerować, czy wręcz nie znosić - ja nie ukrywam że delikatnie ujmując "nie jestem fanem" muzyki hiphopowej i rapowej - trudno, nie podoba mi się ten gatunek, do większości utworów mam obiekcje na temat ich przesłania, uważam że mają często wątpliwą wartość melodyczno-muzyczną. Ale przecież nikogo nie uraczam komentarzami, docinkami, czy głupkowatymi uśmieszkami na temat tego co preferują - tak samo jak nie bronie mieć własnego zdania n.t "moich" gatunków, tak za prostactwo uważam robienie takich "szopek" jak to co przedstawiam powyżej...

Co naprawdę jest nudne i proste?


Wiele razy dowiadywałem się, - czy to wprost, czy to przypadkiem, lub od "osób trzecich" że moje życie jest "smutne, proste, zmarnowane w piwnicy" że jestem typowym "NERDem", "człowiekiem który boi się ludzi" lub - jak już bardziej pikantne kawałki mogę przytoczyć "pizdusiem" czy też "cipa bez życia i wiecznym prawiczkiem". Owszem, w jakimś stopniu jest to racja, - aczkolwiek częściowo "czemu tak się dzieję" i dlaczego mnie też takie życie nie satysfakcjonuję i ciężko je zmienić napisałem (i jeszcze dokładniej opisze nieraz...) w poprzednich przemyśleniach.
Cały "cymes" w tym, iż jednak większość osób którzy tak myślą, tak naprawdę prowadzą i chwalą sobie równie prymitywne przetracanie dnia za dniem, tylko w nieco innej "oprawie" i to na własne dyktando i życzenie. W mojej byłej szkole, ulubiony "styl życia" faceta kręcił się w okół tak naprawdę kilku czynności - były nimi m.innymi:
  • siłownia
  • impreza w klubiku czy też dyskotece
  • jakieś chlanie na "domówce"
  • chwalenie się "jak grubo było"
I nagle - o kuriozum! powtarzanie w pętli takiego życia jest czymś wspaniałym, houbionym niczym osiąganie intelektualnych wyżyn, wychwalanym przez kobiety, byciem bardzo "socjalnym" i zintegrowanym ze społeczeństwem. Rozumiem - każdy robi co lubi, - tylko wyśmiewanie się ze mnie, iż "żyje w piwnicy" (i wszystko to co napisałem wyżej) i to tak naprawdę nie z wyboru, tylko z zepchnięcia na margines społeczno-towarzyski, jest dość marne, mając na względzie iż ludzie którzy się wyśmiewają i za plecami wytykają palcami, sami z WŁASNEJ NIEPRZYMUSZONEJ WOLI również nie robią niczego tak naprawdę rozwijającego, czy szczególnie "high-lifowego".

"Patologia? Pewnie poproszę cały karton!"


Z moich długich obserwacji wynika wręcz przytłaczające akceptowanie patologicznych zjawisk i zachowań - a co gorsza, coraz częstsze wręcz odbieranie takich zachowań jako coś pożądanego, imponującego czy "męskiego" (w wypadku kobiet oczywiście).
Na wstępie muszę zaznaczyć iż nie jestem "człowiekiem nałogów i używek". Jedyną używką którą nałogowo spożywam to zwykła kawa. Owszem - lubię się napić, czasem nawet "porządnie", ale zawsze jeśli jest ku temu okazja, grupa znajomych, miła atmosfera, - jedyny alkohol jaki preferuje "do smaku" w domowym zaciszu, spożywany samemu to dobre piwo, choć i tak bardzo "odświętnie".
Dziś niestety, wśród mych rówieśników panuje coś co wręcz określiłbym mianem "kultu zepsucia". Palisz zioło - jesteś na pewno wyluzowanym, fajnym, zdystansowanym, facetem/laską i wiesz jak cieszyć się życiem! Nie palisz i nie jesteś elektoratem Janusza Palikota, i nie partycypujesz hasła "sadzić palić, zalegalizować!"? Na pewno jesteś niewartym bliższej znajomości NERDem, sztywniakiem, maminsynkiem który boi się doznać tego dobra doczesnego w bibułce, i nie znasz się na życiu!.
Pijesz? Zachlewasz się na każdej co weekendowej imprezie w klubie do nieprzytomności? Kochasz alkohol w każdej postaci? Znowu - zapewne jesteś wyluzowanym, korzystającym z pełni blasków życia młodym człowiekiem, który wie co to dobra zabawa i pierwszorzędny melanż!
Nie pijesz? Albo pijesz tylko tyle, ile twój organizm jest w stanie godnie przyjąć, tudzież nie traktujesz wyniku na alkomacie jako wyznacznika udanej zabawy? No to tak jak wyżej - na pewno wychowałeś się pod kamieniem, a całe życie przeżyłeś zamknięty w piwnicy!
Zapewne pomyślicie - "przesadza, nikt wprost mu tak nie powiedział, żyjesz uprzedzeniami, czy też jednostkowymi przypadkami" - no właśnie: nie do końca. Bezpośrednio wprost może nie. Ale istnieje coś takiego jak przekaz niewerbalny. Jeśli dziewczyna zaczęła wywracać oczami, i łypać na mnie wzrokiem jakbym co najmniej zaczął właśnie do niej mówić po łacinie, w momencie gdy odmówiłem zapalenia skręta, a potem nasza rozmowa jakoś przypadkowo przestałą się kleić - to dość jasno widzę, co dała mi do zrozumienia. Dziwne dowcipki facetów, jak poznali mój stosunek do drugów i do chlania na umór co weekend, (połączone z ich chwalebnymi rozmowami n.t tych zachowań co wyżej...) również nie dają mi złudzeń.
Raz byłem świadkiem nawet, jak można zaimponować kobiecie (a w zasadzie... skoro można, to chyba nie kobiecie, a mentalnie "dziewczynce"...) torebką "fety" i częstowaniem ją, niczym ciastkami przy herbatce... To jest zatrważające. Co gorsza - dziewczynę tą, miałem za w miarę ogarniętą do czasu tej sytuacji.

Dobra - na dziś koniec "lania jadem". Jutro kolejna porcja przemyśleń, - coś trzeba na to jutro sobie odłożyć.

O mnie, czyli kim jestem...


Aby lepiej wiedzieć w jakim środowisku się obracam, co dzieje się wokół mnie i dlaczego odczuwam wszystko to co napisałem powyżej, postaram się opisać trochę siebie, jak żyje, i co "odgrywa się" w moim otoczeniu.

Mam prawie 22 lata, mieszkam w zaśmierdłym GOPowskim mieście, a jedynym moim "mieszkaniowym zbawieniem" jest to, że na szczęście nie mieszkam w jedym z tych "oaz zepsucia i prostactwa", czyli wielkim 10-piętrowcu, tylko małym 4 piętrowym bloczku, troszkę na "uboczu" i w bardziej spokojnej dzielnicy. Wychowałem się tutaj (choć urodziłem gdzie indziej..), dorastałem tutaj więc sytuacja tutaj nie jest dla mnie czymś nowym, z racji tego że przeprowadziłem się z dala, czy coś w ten deseń - nie nie. Owszem - dane było mi widzieć kilka "kulturowych bogactw" naszego kraju i inne rejony Polski, ale nigdy nie mieszkałem na dłużej indziej, niż tu.
Moje życie toczy się bardzo spokojnie i szablonowo - nie dzieje się w nim nic szczególnie ciekawego, choć - po dłuższym zastanowieniu trudno się temu dziwić. Nie chodzę do szkoły jako-takiej, raz na jakiś czas uczęszczam do zaocznego liceum - które niebawem skończę (co też mnie swoją drogą nie do końca pociesza..). Grono moich znajomych to generalnie mówiąc teoretycznie kilkadziesiąt osób - generalnie mówiąc... Bo, po dłuższej analizie, tak na prawdę, jest bardzo niestety wąskie. Jeszcze kilka lat temu, było nieco szersze - kilka osób które mieszkały w moim okręgu przeniosło się na studia, z kilkoma kontakt się zerwał z racji - też chyba poniekąd podjęcia studiów, zaangażowania się w związek itd. Aktualnie pozostała mi garstka, około 4 osób z którymi względnie mogę się spotkać, i kilka osób z którymi utrzymuje kontakt poprzez komunikatory, czy Facebooka itd. Co gorsza, kilka z tych osób to delikatnie ujmując "dziwacy", którzy wiem że na dłuższą metę szkodzą mi swym skrzywionym patrzeniem na świat, butą, zarozumialstwem i kilkoma innymi pejoratywnymi cechami.
Czuję się niestety bardzo samotny, nikomu do niczego nie potrzebny - a jeśli już, to do prymitywnych rzeczy. Jest wszak duża garstka osób, która gdy tylko coś dla przykładu im się zepsuję - komputer, samochód, jakiś sprzęt w domu, to pierwszym co robią, jest po długim okresie czasu przypomnienie sobie o moim istnieniu i zadzwonienie do mnie z prośbą o pomoc - wszak trochę się w w.w rzeczach orientuje i ludzie zauważyli że często mogę pomóc, tym bardziej że mimo wszystko że wiem iż często jestem po prostu wykorzystywany nigdy nie biorę od nich żadnych pieniędzy za to.  Nie mam raczej żadnych osób, które były by gotowe tak jak grupkę swoich "tych lepszych" przyjaciół zaprosić wyjść gdzieś, czy też na jakąś imprezę - nie. Czasem wyjdzie się na piwo, ale to naprawde bardzo odosobniona sytuacja - robiona chyba tylko na "pokaz" że się jeszcze o kimś pamięta. Sam nie lubię się nikomu narzucać - poza tym, powiedzmy sobie szczerze, - rzeczy takie, jak "niedopasowanie życiowych poglądów" czy też rozbieżności w zainteresowaniach nie są czynnikami które będą sprzyjać miłemu spędzaniu czasu na dłuższą metę. Jedyne rzeczy, które nie pozwalają mi całkowicie zapomnieć że żyje nie sam we własnej piwnicy, to to że jednak bardzo wiele kontaktów utrzymuje przez GG i temu podobne "internetowe źródła" - i to zarówno z kilkoma osobami stąd i wieloma osoba "już" czy też "od zawsze" z dalsza, aczkolwiek wiadomo że to tylko namiastka prawdziwych relacji z ludźmi.

Moje relację z kobietami, niestety są jeszcze gorsze niż te ze znajomymi i przyjaciółmi. To jest bardzo skomplikowany proces, i sam do końca nie wiem, dlaczego wiele osób jest otaczanych na wskroś przez kobiety i adorowanych czy chcą czy nie, a inny zawsze są byli i będą traktowani na uboczu, wiecznie "zbywani", niedoceniani, choćby ich starania były niewiadomo jakie zawsze legną na niczym. W miejscu mojego zamieszkania niestety nie mam żadnych dziewczyn z którymi utrzymuję jakikolwiek kontakt, - tak owszem, mam jedną znajomą którą czasem "przy okazji" zdarzy mi się spotkać, trochę pogadać w gronie znajomych, ale to jednak bardzo odosobniona sytuacja i bardzo "odświętna". Jak już wyżej nadmieniłem, mam wiele osób z którymi kontaktuje się "online" i w tym wypadku nie jest inaczej - mam 2 znajome, jedna z "bardzo daleka", druga z "dalsza". Oczywiście obydwie również znam dość dobrze z "rl", ale aktualnie znajomości opierają się na wymianie zdań raz na jakiś czas przez komunikator, czy Facebooka itd. Obydwie to generalnie dobre dziewczyny, i obydwie traktują mnie co najwyżej jako "kogoś komu można się wygadać jak niema nikogo innego pod ręką" czy kogoś kto może w czymś doradzić, pomóc - nic więcej, czuć taki typowy kobiecy "dystans" - który mi jest tak dobrze znany. W sytuacjach "codziennych" niestety nie jest też dobrze - powiedzmy sobie wprost i szczerze: kobiety nie lubią osób które są nieśmiałe, spokojne, wyglądające "poniżej przeciętnej" (przykro mi - natury nie zmienię i tego że jestem średnio-urodziwym, dość chudym a zarazem wysokim facetem - z doświadczenia już wiem, że mimo iż może oficjalnie się nie zgodzą - kobiety wolą "co innego" ), nie lubią imprezowego trybu życia i jeszcze kilku czynników których już nie będę wyliczał. Reasumując - również nie mam co liczyć na zdobycie czyjejś sympatii, bo mówiąc tytułowo - "nie jestem kompatybilny" z dzisiejszymi dziewczynami...

We wszystkim co wyżej napisałem, chyba najgorsze jest bierne przyglądanie sie na wszystkich w koło, jak emanują swym "szczęściem" i życiowym spełnieniem (wiem - często jest to tylko pokazowe i popisowe, ale cóż - jest w tym pewne ziarno prawdy ZAWSZE ), jak wstawiają fotki z imprez na portale społecznościowe, jak ciągle widzę zdjęcia dwóch szczęśliwych osób, itd. Mam wtedy poczucie, że coś po prostu mnie omija, lub - nawet lepiej określając, już mnie ominęło, wszak mam prawie 22 lata, a tak po prawdzie w życiu nie osiągałem nic. Część moich znajomych planuje ślub, zakładanie rodziny, a ja czuję się ciągle odrzucony i nikomu nie potrzebny, wiecznie z boku i zawsze traktowany jak "człowiek/facet kategorii B". Oczywiście - próbowałem wielokroć to zmienić. Jedna próba zmiany mego życia skończyła się wyniszczającą znajomością z dwiema zdobniczkami, o której chciałbym jak najszybciej zapomnieć, bo do dziś myślenie o tej sytuacji i jak uwłaczająca dla mnie była, nie daje mi spokoju po nocach... "Pozostałościami" po innych próbach są moje dwie koleżanki - jak już mówiłem porządne kobiety, ale traktujące mnie z dystansem, i generalnie - nic po za tym. Jaką "ironią losu" jest oglądanie z pozycji obserwatora - tak dla mnie kuriozalnych sytuacji, jak dla przykładu jak dwie dziewczyny zabiegają o jednego faceta, który obydwie mówiąc kolokwialnie "olewa" i traktuje bez szacunku, gdzieś jeszcze "po drodze" bawiąc się trzecią... Jest to kuriozalne, bo - dla takiego człowieka jak ja, nie do pomyślenia że można odrzucać jakąś formę "bliskości" czy uczuć, gdy samemu przez całe życie się ich niema - i ma perspektywę że zapewne mieć nie będzie... Cóż, heh - to chyba analogicznie jak z dziećmi w Afryce. Nikt wszak wkładając kawałek posiłku do ust nie myśli że właśnie wykonuje czynność za którą miliony osób byłoby by go w stanie zabić, lub spalić się z bezsilnej zazdrości - miliony, tylko kilka tysięcy kilometrów dalej, tam - gdzie świat rządzi się chyba troszkę innymi prawami... To tak samo jak mój - moje życie też chyba rządzi się innymi... Tyle że nie "tam" a niestety "tutaj"....

piątek, 14 grudnia 2012

Wprowadzenie, czyli krótki opis po co to wszystko...

Witam.
Jest to pierwszy "wprowadzeniowy" wpis, także postaram się możliwie jak najkrócej określić cel mojej przyszłej "grafomanii" i czym kieruję się pisząc wszelakie przemyślenia i wpisy.

Zdaje sobie sprawę, iż mimo że nic jeszcze nie napisałem, wiele moich przyszłych przemyśleń będzie można odebrać jako "plucie jadem" na wszystko co mnie otacza, czy też, sprowadzanie swojego "nieudacznictwa" do miana zła świata wokół, itd. Cóż - może i tak jest - nie mnie to oceniać, - ja będę starał się tylko możliwie jak najskładniej napisać lub w inny sposób przekazać co mnie boli w otaczającym mnie świecie, do czego nie potrafię przywyknąć, co mnie "uwiera" tudzież co jest dla mnie nieakceptowalne. A takich rzeczy - nie ukrywam, jest dużo. Jest ich tak wiele, że życie powoli staję się dość ciężkie, i odnoszę wrażenie że jestem "wyrwany z innej cezury czasowej", tudzież może z kompletnie innej kultury...
Pewne zależności, rządzące mym życiem są dosyć skomplikowane (choć w mej głowie wszystko opiera się o dość prosty mechanizm - tak "doskonale prosty" że niemożliwy do przekazania w jednej klarownej pisemnej formie...) - jedyne osoby które posiadają pewien "zarys" sytuacji w której tkwię i nie mogę się odnaleźć to bardzo wąska (i chyba ciągle zawężająca się..) grupka moich znajomych, a i chyba oni nie do końca rozumieją jak pewne z pozoru proste rzeczy mogą być ciężkie tudzież skomplikowane... Cóż - coś co innym przychodzi z łatwością i jest tak naturalne, że nie wymaga nawet większego przemyślenia, będzie poniekąd z automatu ciężkie do zrozumienia, iż można mieć pewne lęki czy problemy związane z tymiż czynnościami...
Reasumując - codziennie będę się starał opisywać jakiś "wycinek" rzeczy, które mnie gnębią, i myślę że po czasie sformuję się to w jakąś całość, z której będzie można wyczytać choć jakąś cząstkę tego co stanowi naturę problemu, - co stanowi fakt, że chyba nie nadaję się do życia w dzisiejszym społeczeństwie ludzi w mym wieku...
Heh - przeciągnąłem ten wstęp... Dobra - na dziś koniec, od jutra jak już wyżej napisałem zacznę pisać coś "obrazującego sytuacje".