sobota, 22 grudnia 2012

Złote rady z tombaku...

Niezwykle drażni mnie pewien zwrot, który każdy mi powtarza, gdy tylko zacznę poruszać pewne kwestię. Ot, taka w mniemaniu wielu osób "złota rada" i lekarstwo na wszelakie problemy związane z brakiem towarzystwa, odrzuceniem itd. Ten zwrot to legendarne i powtarzane przez wielu do "tych gorszych", znane od lat "wyjdź do ludzi", i jego pewne "modyfikację", typu "wyjdź z piwnicy, wyjdź do świata" itd.
Owszem, - zgoda, generalnie niema w tej sentencji nic złego, jest w pewien sposób trafna, logiczna i zrozumiała, może pozornie być rozwiązaniem problemów. Problem jest tylko jeden - w wielu przypadkach (bo oczywiście piszę wszystko przez perspektywę siebie, ale na pewno wiele osób znajdzie tu daleko sięgające analogię do swojej osoby...) po prostu nie działa, z racji tego, iż nie sposób zastosować...

Jak już wspominałem we wcześniejszych przemyśleniach, generalnie jestem o tyle "sam w świecie", iż nie specjalnie mam możliwość wyjścia gdzieś, z kimś, tudzież do kogoś - po prostu ludzie powyjeżdżali, kontakty się pourywały, inne osoby stały się "życiowo i poglądowo niezgodne" z moim "sposobem na życie" itd. Także jedynie czasem mogę wyjść gdzieś, do osób którzy - jak również wspominałem, są raczej mało towarzyskie i posiedzenia sprowadzają się do wielogodzinnych rozmów na różne tematy (w końcu mało się widujemy...) przy piwku i pizzy w zamkniętym stałym gronie.

Tak też, zawsze w głębi siebie szukam zastosowania zwrotu "wyjdź do ludzi(...)". Nie wiem? być może powinienem co dzień wychodzić pod blok na osiedle, i robić kilka (kilkanaście?) okrążeń wokół bloku, tudzież może ustanowić sobie stałą trasę w miejsca najbardziej zatłoczone i mówiąc kolokwialnie - "kręcić" się tam przez jakąś określoną ilość czasu. Skoro coś to ma w końcu zmienić, to czemu nie?!
Dobrze, a tak na poważnie i bez złośliwej ironii...

Wydaję mi się, że wiele osób zbyt pochopnie szafuję tym zwrotem, patrząc tylko przez swój własny pryzmat. Bo przecież, cóż trudnego w wykonaniu takiego "polecenia" dla osoby pewnej siebie, przystojnej, posiadającej całą masę znajomych w okół, oraz osób które dążą ich taką sympatią, że wręcz same się do nich "garną". Nic...
Ale dla mnie, jest to jednak problem nie do przejścia. Niestety nie mam do kogo wyjść, ani "z kim" wyjść, także automatycznie w.w mantra staje się "nie dopasowana" do moich realiów. Pewnie powiedzie "no tak, ale sam mówiłeś że jednak masz znajomych, więc co za problem samemu zaproponować jakieś "activity"?".
Owszem, mam. Tyle że, oni też mają grupkę swoich "bardziej odpowiednich" towarzyszy, którzy może nieco bardziej wpasowują się w ich realia, poglądy itd (w końcu - z jakiegoś powodu mój kontakt z tymi osobami się ograniczył, odkąd są inni..), mają pewne stałe typy rozrywek, wyjść etc. Do tego, jestem osobą, która naprawdę nie lubi się narzucać "osobom trzecim" - szczególnie, że w przypadku pewnych osób wiem, że NIE BĘDĘ do końca pasował "w klimat" panujący ich spotkaniom, czy wypadom. Nie lubię niezręcznych momentów, gdzie sam "wepchałem" się w czyjeś wyjście, żeby potem źle się tam czuć - i przez co, nawet nieświadom, dawać sygnały iż "jednak to nie to mimo że sam chciałem", czy już broń Boże - spowodować jakąś sprzeczkę, czy nieporozumienie. Nie, wydaję mi się że nie o to chodzi....

Reasumując - naprawdę, wszystkim osobą używającym tej "złotej rady", radzę dobrze przemyśleć sytuację osoby do której ją użycie - bo może naprawdę sie okazać, iż jest ona "niewykonalna" a ciągłe jej powtarzanie może okazać się tylko źródłem kolejnych frustracji i przykrości...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz