Jak już wcześniej nadmieniłem, niektóre moje wpisy będą mogły zostać odebrane jako "opluwanie jadem" pewnych grup społecznych, tudzież bezpodstawne wyżalenie lub moralizowanie. Oto właśnie jedno z takich "kontrowersyjnych" przemyśleń. Cóż - pomimo poczucia braku akceptacji ja też nie akceptuje w głębi siebie pewnych bardzo niestety "modnych" dziś zachowań.
Jedno z takich zachowań, jest czymś tak modnym wśród młodych ludzi dziś, że wręcz zaryzykowałbym że co druga osoba je uskutecznia, lub przynajmniej pochwala i toleruje. To o czym mówię, ciężko opisać jednoznacznie, czy też nazwać jednym słowem, zdaniem... Mam tu na myśli fakt, iż życie dziś staję się bardzo "miałkie", wyprane z pewnych wartości, bardzo konsumpcyjne, kierowane nieskomplikowanym schematycznym działaniem, - żeby nie powiedzieć... proste.
Sztuka niska, sztuka wysoka... a może brak sztuki?
Gust muzyczny jest czymś, na co każdy ma swój indywidualny pogląd - jak najbardziej. Niestety dziś chyba jest trochę inaczej. Większość młodych ludzi słucha - nazwijmy to "popularnych gatunków muzyki", zaliczmy do nich szeroko pojęty POP, Rap, Hip Hop, Muzykę klubową (na to złoży się kilka gatunków, ale myślę że każdy wie o co chodzi.) Problem zaczyna się wtedy, gdy ludzie zaczynają przesiąkać brakiem szacunku, czy też brakiem akceptacji dla odmiennych gustów i nabierać swojego rodzaju "poczucia wyższości" swojego gatunku sztuki nad innym. Doświadczam tego bardzo często - wszak (niestety?) mój gust muzyczny jest diametralnie inny od tego, co toleruję większość osób, czasem się tylko pokrywa (sprostowując od razu - nie mam w żadnym wypadku na myśli że jest on w jakikolwiek sposób "lepszy" od gustu innych - nie, chodzi o to, że jednak nie da się ukryć że jest niekonwencjonalny) się z innymi. Osobiście wiele razy doznałem braku poszanowania tego, iż ja preferuje dla przykładu rocka z lat '80, którego typowi słuchacze np. rapu czy hip hopu nie tolerują - objawia się to rożnie, czasem wręcz chamsko. Pamiętam do dziś jedną sytuację, gdy człowiek który znajdował się nieopodal mnie wyciągnął mi nagle słuchawkę z ucha, w której akurat leciał jakiś bliżej już niepamiętany rockowy kawałek z lat 70-80', co skomentował "boże, czego Ty słuchasz, pomyliły Ci się epoki!?". Potem przez kilka dni, bylem uraczany mniej lub bardziej "przyjemnymi" docinkami na temat tego co preferuję - oczywiście, wszystko to było w formie teoretycznie "żartu", aczkolwiek doskonale znam przekonania tych osób do tego co wtedy słuchałem. Oczywiście - każdy ma prawo, i jest to przecież naturalne że może pewnych gatunków nie tolerować, czy wręcz nie znosić - ja nie ukrywam że delikatnie ujmując "nie jestem fanem" muzyki hiphopowej i rapowej - trudno, nie podoba mi się ten gatunek, do większości utworów mam obiekcje na temat ich przesłania, uważam że mają często wątpliwą wartość melodyczno-muzyczną. Ale przecież nikogo nie uraczam komentarzami, docinkami, czy głupkowatymi uśmieszkami na temat tego co preferują - tak samo jak nie bronie mieć własnego zdania n.t "moich" gatunków, tak za prostactwo uważam robienie takich "szopek" jak to co przedstawiam powyżej...
Co naprawdę jest nudne i proste?
Wiele razy dowiadywałem się, - czy to wprost, czy to przypadkiem, lub od "osób trzecich" że moje życie jest "smutne, proste, zmarnowane w piwnicy" że jestem typowym "NERDem", "człowiekiem który boi się ludzi" lub - jak już bardziej pikantne kawałki mogę przytoczyć "pizdusiem" czy też "cipa bez życia i wiecznym prawiczkiem". Owszem, w jakimś stopniu jest to racja, - aczkolwiek częściowo "czemu tak się dzieję" i dlaczego mnie też takie życie nie satysfakcjonuję i ciężko je zmienić napisałem (i jeszcze dokładniej opisze nieraz...) w poprzednich przemyśleniach.
Cały "cymes" w tym, iż jednak większość osób którzy tak myślą, tak naprawdę prowadzą i chwalą sobie równie prymitywne przetracanie dnia za dniem, tylko w nieco innej "oprawie" i to na własne dyktando i życzenie. W mojej byłej szkole, ulubiony "styl życia" faceta kręcił się w okół tak naprawdę kilku czynności - były nimi m.innymi:
- siłownia
- impreza w klubiku czy też dyskotece
- jakieś chlanie na "domówce"
- chwalenie się "jak grubo było"
"Patologia? Pewnie poproszę cały karton!"
Z moich długich obserwacji wynika wręcz przytłaczające akceptowanie patologicznych zjawisk i zachowań - a co gorsza, coraz częstsze wręcz odbieranie takich zachowań jako coś pożądanego, imponującego czy "męskiego" (w wypadku kobiet oczywiście).
Na wstępie muszę zaznaczyć iż nie jestem "człowiekiem nałogów i używek". Jedyną używką którą nałogowo spożywam to zwykła kawa. Owszem - lubię się napić, czasem nawet "porządnie", ale zawsze jeśli jest ku temu okazja, grupa znajomych, miła atmosfera, - jedyny alkohol jaki preferuje "do smaku" w domowym zaciszu, spożywany samemu to dobre piwo, choć i tak bardzo "odświętnie".
Dziś niestety, wśród mych rówieśników panuje coś co wręcz określiłbym mianem "kultu zepsucia". Palisz zioło - jesteś na pewno wyluzowanym, fajnym, zdystansowanym, facetem/laską i wiesz jak cieszyć się życiem! Nie palisz i nie jesteś elektoratem Janusza Palikota, i nie partycypujesz hasła "sadzić palić, zalegalizować!"? Na pewno jesteś niewartym bliższej znajomości NERDem, sztywniakiem, maminsynkiem który boi się doznać tego dobra doczesnego w bibułce, i nie znasz się na życiu!.
Pijesz? Zachlewasz się na każdej co weekendowej imprezie w klubie do nieprzytomności? Kochasz alkohol w każdej postaci? Znowu - zapewne jesteś wyluzowanym, korzystającym z pełni blasków życia młodym człowiekiem, który wie co to dobra zabawa i pierwszorzędny melanż!
Nie pijesz? Albo pijesz tylko tyle, ile twój organizm jest w stanie godnie przyjąć, tudzież nie traktujesz wyniku na alkomacie jako wyznacznika udanej zabawy? No to tak jak wyżej - na pewno wychowałeś się pod kamieniem, a całe życie przeżyłeś zamknięty w piwnicy!
Zapewne pomyślicie - "przesadza, nikt wprost mu tak nie powiedział, żyjesz uprzedzeniami, czy też jednostkowymi przypadkami" - no właśnie: nie do końca. Bezpośrednio wprost może nie. Ale istnieje coś takiego jak przekaz niewerbalny. Jeśli dziewczyna zaczęła wywracać oczami, i łypać na mnie wzrokiem jakbym co najmniej zaczął właśnie do niej mówić po łacinie, w momencie gdy odmówiłem zapalenia skręta, a potem nasza rozmowa jakoś przypadkowo przestałą się kleić - to dość jasno widzę, co dała mi do zrozumienia. Dziwne dowcipki facetów, jak poznali mój stosunek do drugów i do chlania na umór co weekend, (połączone z ich chwalebnymi rozmowami n.t tych zachowań co wyżej...) również nie dają mi złudzeń.
Raz byłem świadkiem nawet, jak można zaimponować kobiecie (a w zasadzie... skoro można, to chyba nie kobiecie, a mentalnie "dziewczynce"...) torebką "fety" i częstowaniem ją, niczym ciastkami przy herbatce... To jest zatrważające. Co gorsza - dziewczynę tą, miałem za w miarę ogarniętą do czasu tej sytuacji.
Dobra - na dziś koniec "lania jadem". Jutro kolejna porcja przemyśleń, - coś trzeba na to jutro sobie odłożyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz